Lata 60., stan Maine i pola borówek, na których rodzina z plemienia Mikmaków co roku pracuje przy zbiorach. Pewnego lata najmłodsze z ich dzieci, córka, znika bez śladu, a okoliczna policja nie próbuje nawet jej szukać. Kilkadziesiąt lat później, w obliczu zbliżającej się śmierci, Joe, brat zaginionej dziewczynki, wraca wspomnieniami do tamtego lata i wszystkich kolejnych, które wpłynęły na jego burzliwe, pełne strat i żałoby życie. Druga bohaterka Zbieraczy borówek, Norma, opowiada o swoim dziwnym dorastaniu, pełnym niewytłumaczalnych dziur w życiorysie swoim i rodziców.
To nie jest odkrywcza historia – łatwo dodać dwa do dwóch i domyślić się, co się właściwie wydarzyło. Nie ma również w tej opowieści dramatycznego zwrotu akcji. Jednak nie to jest w niej najważniejsze – autorka snuje smutno-gorzką historię dwóch naznaczonych traumą rodzin i właśnie te emocje są tu najcenniejsze. Niezwykłą zaletą Zbieraczy borówek są także wątki dotyczące rdzennych plemion amerykańskich i tego, jak na przestrzeni lat byli (i są) marginalizowani.
Jeśli macie ochotę na smutną lekturę, którą napędza nadzieja, że zaginioną siostrę uda się znaleźć, to będzie to świetny wybór.