Są takie książki, o których trudno opowiedzieć nie dlatego, że możemy komuś tę literacką przygodę po prostu popsuć, ale dlatego, że właściwie musielibyśmy ją streścić, ponieważ prawie każdy jej fragment jest i ciekawy, i ważny. Tak mniej więcej wygląda sytuacja z Soleą Minor węgierskiej autorki Evelin Márton, przykuwającej uwagę różową okładką czy niewielkim rozmiarem, a kryjącą naprawdę interesującą historię.
Tytułowa Solea Minor jest wyspą, a dokładniej jedynym niewielkim sześcianem lądu, który przetrwał kataklizmos, katastrofę, w której wyniku większość lądu zatonęła, pozostawiając przy życiu jedynie garstkę ludzi. Dotychczasowy porządek świata został nie tyle wywrócony, ile zupełnie zniknął. Rzeczywistość bohaterów jest tak różna od naszej, że się w niej gubimy, ponieważ wszystkie dotychczasowe punkty odniesienia po prostu zniknęły. Zniknęły struktury państwowe, kapitalistyczne, nie ma telefonów, internetu, a radio, magnetofon czy generator prądu są przedmiotami z przeszłości o nieznanym sposobie działania. Zniknęła również pamięć o smakach czy przyprawach, takich jak choćby wanilia. Główne postaci mieszkają w opuszczonych budynkach, których nazwy wprawdzie znają, ale przeznaczenie już niekoniecznie. Próbują nawiązać między sobą jakieś relacje, ale samo w sobie okazuje się to niezwykle trudne – na tyle, że łatwiej jest im zaprzyjaźnić się z foką i morsem oraz nauczyć się z nimi porozumiewać (a przynajmniej tak im się wydaje) niż ze sobą.
Solea Minor jest postapkalipsą, która nie tyle właśnie się rozgrywa, ile dociera do krańców ludzkiego istnienia, rozpadania się ostatnich śladów cywilizacji, ginącej w mrokach niepamięci i głębi oceanu. To powieść wciągająca i przykuwająca naszą uwagę, skłaniająca do nieco innego spojrzenia na otaczający nas świat, zadania sobie pytania, czy naprawdę nasz świat ma sens?